Morphea: moja strona | blog | ranking | kolekcja | lista życzeń | aktualnie gram/czytam05-07-2010 01:08
Najostrzejszy powrót. EVER.
To, co przeżyłam 4 lipca 2010 roku można określić tylko jako jedną z największych przygód mojego dotychczasowego życia.
Miałam wracać do Warszawy z domu w Rumi dopiero w poniedziałek. Ale zdarzyło się, że nocowaliśmy u nas córki znajomych rodziców, które przyjechały na Open'era. Zadecydowano zatem, że podwiozą mnie do Warszawy potem, bo jechać miały w niedzielę, a w dodatku samochodem. Bajer.
Pierwszym objawem tego, że coś może pójść nie tak, było to, że dzień wcześniej, gdy pojechaliśmy oddać mój bilet kolejowy, jako że miał nie być mi więcej potrzebny, samochód się zepsuł i trzeba było wzywać assistance by go naprawiło.
Następnego dnia, po spełnieniu obowiązku obywatelskiego, około 13, wyruszyłyśmy w trasę. Daleko nie ujechałyśmy.
Gdy po godzinie stanęłyśmy na stacji benzynowej w Cedrach Małych, niedaleko za Gdańskiem, samochód odmówił posłuszeństwa na amen. Po wielu próbach, zarówno naszych, życzliwych panów i potem samego miłego pana z assistance, samochód dalej nie chciał ruszyć. 3 godziny zmarnowane.
Powstał więc plan, by dwie z nas, w czasie gdy właścicielka samochodu będzie jechać do warsztatu w Gdańsku, wzięły stopa.
Streszczając długą historię, tylko ja w końcowym etapie zdecydowałam się na stopa. Zaczepiłam chłopaka, który właśnie dopompowywał koło, a który miał duże "W" na rejestracji, czy nie podwiózł by mnie do Warszawy. Zgodził się.
Dlaczego, spytana przez mamę przez telefon czy już dojechałam, nie powiedziałam nic konkretnego o dwóch facetach z którymi jechałam? Otóż:
1) Właściciel samochodu dwukrotnie utracił prawo jazdy za punkty i jeszcze nie był na egzaminie potwierdzającym, że może je dostać po raz trzeci;
2) W ciągu całej podróży wypalili łącznie trzy blanty zmieszane z tytoniem;
3) Drugi kierowca wypił jedno piwo w trakcie jazdy (na szczęście nie zdążyłam doczekać jego zmiany po wypiciu owego trunku);
4) Mieliśmy 1,5 godzinny postój w Ostródzie (o którym mnie uprzedzili) bo zaplanowali tam pływanie na wakeboardzie. Dotarliśmy tam na pół godziny przed zamknięciem wyciągu holowniczego przez godzinne stanie w korku przy Elblągu;
5) Panowie dużo nauczyli mnie o teorii gandźi i grzybków halucynogennych;
6) Jechaliśmy średnio 140km/h, bo auto było stuningowane.
Mimo tego, chłopcy byli naprawdę mili, nic mi (chyba) nie groziło z ich strony a i odstawili mnie pod samą klatkę domu, gdzie dotarliśmy już o północy.
Było to moje pierwsze doświadczenie z autostopem. I prawdopodobnie najlepsze w życiu :D
Poleć innym tę notkęWaszym zdaniem...